Moje Ekspedycje
Off The Road
Afryka zmieniła moją perspektywę
Poważne podróżowanie zaczęło się dla mnie w Namibii. Potem były Angola, Mozambik, Zambia i Demokratyczna Republika Konga. Z czasem przyszła kolej na Azję. Większość tych tras pokonałam za kierownicą samochodu terenowego.
Noclegi w namiocie na dachu, długie godziny jazdy i docieranie do miejsc, do których rzadko zaglądają turyści, były częścią każdej wyprawy. Najważniejsze okazywało się jednak to, czego nie dało się zaplanować: spotkania z ludźmi i chwile, które zmieniały sposób patrzenia na świat.
Afrykańska jazda,
Plan
Była siódma rano któregoś dnia w połowie lipca. Wylądowaliśmy na małym lotnisku w pobliżu Windhoek’u. Zaskoczyła nas temperatura powietrza bliska zeru. Może przesadzam, ale jak na lipiec to zaskakująco zimno. Pracownicy lotniska poubierani w wielkie czapy, puchowe kurtki z futrem przy kołnierzu, rękawice i syberyjskie buty patrzyli na nas, ubranych w same t-shirty, z pełnym podziwem i nieukrywanym zainteresowaniem. Z półgodzinnym opóźnieniem przyjechał wyluzowany kierowca wysłany po nas z wypożyczalni samochodów wyprawowych i leniwie pakował nasz niemały bagaż. Kiedy już rzuciliśmy hasło, że jedziemy, nasz driver równie leniwie jak dotychczas wskazał na swoją lewą rękę, wymownie pokazując, że dopiero zapalił papierosa, więc jak ma jechać. To było piękne zderzenie z luzem, brakiem stresu i innym pojmowaniem czasu.
Po półgodzinnej jeździe dotarliśmy do miasta. Windhoek – stolica Namibii jest niewielką, schludną aglomeracją z uporządkowaną niską zabudową. Położona 1650m n.p.m. , ma ok. 250 000 mieszkańców, w większości czarnoskórych. Wskoczyliśmy na chwilę do niewielkiego centrum handlowego ze sklepami na miarę zachodniej Europy. Wokół budynków zadbane otoczenie, skromna zieleń a wszędzie uśmiechnięte twarze. Naszą uwagę przykuły wszechobecne, wysokie, zakończone drutami kolczastymi ogrodzenia wokół domów. Wejścia do sklepów zabezpieczone bramkami otwieranymi przez sprzedawcę jasno pokazują, że nie każdy jest tam mile widziany. Namibia to młody kraj, który dopiero w 1990 roku odzyskał niepodległość. Dla turystów był do niedawna niedostępnym obszarem, podobnie jak dziś niechętnie odwiedza się sąsiada Namibii- Angolę, o Zimbabwe nie wspominając. W całej Namibii mieszka niespełna dwa miliony mieszkańców, a zważywszy, że jej obszar jest dwa i pół razy większy od Polski, wiadomo, że większa część kraju jest dzika i bezludna.
Przed startem
Pojechaliśmy do wypożyczalni samochodów, żeby odebrać specjalnie przygotowane do wypraw Toyoty Hillux. Jak specjalnie? No bardzo: przede wszystkim z dodatkowym zbiornikiem paliwa (w sumie na 160 l),ze zbiornikiem wody przemysłowej o zapachu lizolu, z namiotami nadachowymi, z kufrem o dwóch szufladach – w jednej super lodówka, w drugiej zastawa „Rosenthal” , tyle że plastikowa. Poza tym przygotowano nam wiele innych niezbędnych rzeczy typu śpiwory, latarki, krzesła, stoły itp. Miałam jedno ale: kierownica nie z tej strony!
Wzięliśmy trzy samochody. Zamontowaliśmy przywiezione z Polski radia CB i ruszyliśmy na wyprawę do… supermarketu. Nie jest łatwo zaplanować prowiant na taki wyjazd w interior, wiedząc, że po drodze nie wiadomo kiedy będzie chociażby sklep z bułkami. U celu „pierwszej afrykańśkiej wyprawy” okazało się, że nie możemy kupić nawet piwa, bo w weekend obowiązuje prohibicja. Była sobota rano…
No to w drogę!
Kiedy w stolicy podziwiałam stan dróg, tak ten mój podziw ustąpił, kiedy po niespełna 40 km za miastem okazało się, że na pięknej, szerokiej autostradzie skończył się asfalt. I tak już zostało. Kraj bez dróg. Same szutry. Nieważne, czy to droga krajowa czy lokalna. Nie byłoby to takie trudne do przyjęcia, bo nawet te szutry ładnie utrzymane mają, ale kurz, jaki wznieca każdy przejeżdżający samochód jest taki, że przez moment nie widać kompletnie, ale to kompletnie niczego. Z tego powodu nie można jechać w kolumnie aut. Szybko zrozumiałam, że muszę zrobić użytek z mapy, CB i innych urządzeń jakie zabrałam z domu. Zasięg telefonów komórkowych był zbieżny mniej więcej z zasięgiem wspomnianego asfaltu.
Wracając do szutru – wredny okropnie, przy 80km/h zaczyna nosić na boki a drogę hamowania trzeba obliczać razy dwa. Jechaliśmy na południowy zachód. Jak okiem sięgnąć roztaczał się widok sawanny. Nisko porośniętej przestrzeni poprzecinanej pagórkami oraz licznymi dolinami rzek okresowych. Lipiec to w Afryce najzimniejszy miesiąc roku a do tego środek pory suchej. Zwykle uboga w tym rejonie roślinność w okresie suszy wygląda jeszcze skromniej, aczkolwiek zachowuje niesamowitą różnorodność gatunków i kolorów. Rzeki okresowe w porze deszczowej przepływają sobie swobodnie przez drogę ,co w niektórych przypadkach uniemożliwia dalszą podróż. My szczęśliwie byliśmy w porze absolutnie suchej. Przejechaliśmy przez ten kraj kilka tysięcy kilometrów i nie napotkaliśmy na ani jeden most.Zamiast mostów stoją jedynie znaki drogowe informujące, że wjeżdżamy do rzeki.
Czasem te koryta rzek przecinające w poprzek drogę są tak głębokie i pojawiają się tak znienacka, że ląduje się samochodem w kupie piachu, z którego wyjechanie nie jest proste. Przypominam, że cały czas mowa o drogach krajowych. Po krótkim czasie przestałam dziwić się, że jeżdżą tam tylko auta terenowe. Większość z nich to białe pick-upy, w przeważającej części Toyoty. Posiadanie samochodu w tym kraju to rzadkość, więc jeśli ktoś go ma i jedzie gdziekolwiek, zabiera na pakę taką ilość pasażerów, ilu tylko się zmieści. Ilekroć musiałam wyminąć taki samochód pełen ludzi, miałam olbrzymie wyrzuty sumienia, że pogrążam ich w okropnym kurzu. Niestety nawet zwalniając dominimum działo się to samo. Kolejna ciekawostka na drodze to znaki- bramki. Wygląda to tak: jedziesz sobie drogą szeroką jak autostrada,aż tu nagle: zwężenie do szerokości samochodu, po bokach betonowe słupki, podtrzymujące ogrodzenie z lekkiej siatki, a w poprzek drogi wykopany rów przykryty metalowymi prętami oddalonymi od siebie o kilka centymetrów. Po co ? A bo okazuje się, że właśnie wjeżdżamy do jakiejś farmy i to po to, żeby sąsiadom zwierzęta się nie mieszały. W Namibii jest bardzo dużo farm. Wiele z nich liczy tysiące hektarów. Prawie wszystkie prowadzone są przez Afrykanerów (białych).






Himba śmieje się ze mnie
Tam, gdzie kończą się drogi
To, co czekało na nas, żeby dotrzeć do koczowniczych plemion Himba, wiedział tylko Michał, nasz szef wyprawy. To była ta „odrobina prawdziwego off-roadu” zapowiadana jeszcze w Polsce. Że prawdziwego, przyznaję, bardzo był prawdziwy, ale że „odrobina” to absolutnie nie nazwę tak dwunastogodzinnej walki o każdy centymetr drogi.
Trasa do Koakolandu, pogranicza Namibii i Angoli wiedzie przez Marienfluss, dolinę o żółtych trawach i czerwonym piasku. To miejsce absolutnie magiczne. To wrota schowanego gdzieś przed cywilizacją świata. Świadomość, że kilkaset kilometrów przed tobą i kilkaset za tobą są tylko dzikie, bezludne przestrzenie, powoduje uczucie absolutnej wolności. Tymczasem dolina Marienfluss przechodzi swobodnie wgórskie podnóża, co oznacza, że zbliżamy się do przełęczy Van Zyl, miejsca znanego, jako jedno z najtrudniejszych do przejechania w tym kraju. Nieczęsto zdarza się, aby pokonywano tę trasę pod górę, ale my, rzecz jasna, zmieniamy afrykańskie statystyki. Już pierwszy podjazd stawia nam włosy na głowach. Kąt pochylenia pewnie 45° przy nawierzchni jak po zejściu skalnej lawiny. Dwie nieudane próby, potem podnośnik, usypywanie drogi pod wiszącym kołem i kolejne metry podjazdu zdobywane w mozole i skupieniu. Po wjechaniu na odsłonięte rozstaje górskich ścieżek jest nagroda. To widok, przy którym się zamiera i ma się wrażenie, że znalazło się odpowiedź na wszystkie pytania świata.
Pierwszy krok w nieznane
W poczuciu ciągłego oddalania się od świata, jedziemy a praktycznie płyniemy po morzu piasku zatopionego wśród wysokich traw. Bezkresne niewysokie i bezludne wzgórza oraz cisza nasuwają skojarzenie, że jest się we śnie i że to nierealne.
Nagle jak zjawy pojawiają się czarne, smukłe postaci pojedynczo wybiegające zza pagórków. Chwilę później widzę pierwsze kopuły chat utkanych z gałęzi i pokrytych kozim łajnem. To wioska plemienia Himba. Cztery chaty ogrodzone są czymś na wzór płotu zbudowanego z ostrych gałęzi. Jedna chata stoi poza ogrodzeniem. „Tu mieszka szamanka. Zaraz wyjdzie nas przywitać. Poczekajmy, jesteśmy ich gośćmi”- słyszę szept Michała. Szamanka faktycznie wysuwa się ze swojej chaty, prezentując się przed nami w wyjątkowo skromnym odzieniu. Spokojnie wita nas wzrokiem, po czy wraca do siebie, aby po chwili wyjść ponownie. Zaczyna przywdziewać różne ozdoby szyjne,brzuszne itp. Nakłada też przepiękną spódnicę z koziej skóry, zakrywającą jedynie pośladki. Skinęła właśnie w naszą stronę, pokazując żebyśmy poszli za nią. Wprowadza nas do wioski. Z każdej chaty wybiega kilkoro dzieci, a kobiety stoją zaciekawione, a prawie każda z nich ma na plecach maleństwo schowane w skórzanym nosidle. Wszyscy uśmiechają się szeroko, pokazując wydatne, olśniewająco białe zęby.
Świat bez pośpiechu
Cale ciało kobiet i dzieci Himba pokrywa czerwona maź z glinki z ochrą oraz kozim mlekiem. Włosy posklejane w grube sznury, tworzą fantazyjne fryzury określające status każdego z członków wioski. Himba to koczownicze plemię żyjące z dala od cywilizacji, wędrujące po pograniczu Namibii i Angoli. Mężczyźni wyruszają na całe tygodnie wypasać kozy a kobiety zajmują się obejściem. Społeczność Himba to coś w rodzaju komuny, gdzie nawet podział na rodziny jest dość nieostry. Z jednej strony wielożeństwo, z drugiej akceptowalny brak wierności kobiet, powodują życie w jednym wielkim stadle, gdzie wszyscy i wszystko jest wspólne, dzieci też. Umorusane i zupełnie nagie maleństwa, z zaschniętymi śladami łez na pulchnych buźkach, z ogolonymi główkami, wydętymi brzuszkami i wielkimi, szczerymi oczami przypominają aniołki innego boga.
Himba w ciągu całego życia się nie myją. Jedyny sposób utrzymania higieny osobistej, to wspomniana glinka oraz okadzanie się nad ogniskiem. Trudno uwierzyć, że kobiety mają przepiękną skórę i ładnie pachną.
Stoimy na środku wydeptanego placu i czekamy na kolejne wskazówki. Zaczynają do nas podchodzić jedna za drugą kobiety a za nimi dzieci. Ciekawi je wszystko od włosów, okularów, po ubranie. Dotykają naszych twarzy, śmiejąc się przy tym między sobą i komentując po swojemu. Pozwalają mi wejść do chaty. Na uklepanej ziemi leży duża skóra jakiejś antylopy, służąca za łóżko. Na ścianach wiszą tykwy oraz ozdoby z koralików, kawałków skór, nasion i piór. W wejściu do chaty leży popiół, co sugeruje, że na noc rozpalają ogniska. To zapewne substytut drzwi, chroniących przed dzikimi zwierzętami.
W tej wiosce spędzamy całe popołudnie. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale spokój i przyjazne nastawnie tych ludzi powoduje chęć pozostania tam chociaż na kilka dni. Musimy jednak jechać dalej. Żegnają nas długo i szczerze.
Jedziemy powoli i w ciszy, kontemplując to wyjątkowe spotkanie z tym egzotycznym i obcym nam światem.






Korzenie
Śladami znikających horyzontów
Kamienisty trakt wije się wśród zastygłej przed wiekami lawy, prowadząc przez niegościnny, brunatny krajobraz. Jedziemy starym Defenderem, starannie wybierając drogę. Ostre kamienie w każdej chwili mogą skazać nas na konieczność wymiany koła w temperaturze ponad 40°C. Kierujemy się ku granicy z Etiopią, nad Jezioro Turkana, przemierzając jedną z najgorszych afrykańskich dróg. Północna część Kenii to pustynna i spalona słońcem kraina. Koczujący pasterze z Somalii , ludy Samburu , Boran, Rendille , Gabra i Turkana nielicznie zasiedlają te surowe tereny.
Podróż nad Turkana rozpoczynamy w północnej Tanzanii, gdzie organizuję samochód i tłumacza suahili, który jednocześnie pomoże w prowadzeniu auta. Sifuel pochodzący z ludów zamieszkujących żyzne podnóża Kilimandżaro wyruszy pierwszy raz poza granice swojego kraju. Cieszy się przygodą nie mniej niż ja MZUNGU (czyli Biała).
Po niespełna trzech dniach jazdy przekraczamy równik. Przy tablicy „EQUATOR” miejscowy „naukowiec-odkrywca” demonstruje, że woda w naczyniu stojącym na północnej półkuli kręci się w odwrotną stronę niż ta na półkuli południowej. Nie należy dać po sobie poznać, że zauważa się lekkie „wspomaganie ręczne” czyniącego pokaz, a swój zachwyt nad zjawiskiem powinno się wyrazić nabywając towary skrupulatnie ułożone na drewnianym straganie.
Godzinę drogi za równikiem kończy się asfalt. Powitamy go ponownie po 830 km.
Spotkania na skraju świata
Skwar lejący się z nieba połączony z niewyspaniem skutecznie spowalnia nasze ruchy i myślenie. Jadąc wciąż na północ, mijamy coraz rzadziej rozmieszczone wioski . W Nyahururu wymieniamy dolary na szylingi kenijskie(KSH) i zakupujemy soczyste mango i avocado. Uzbrajamy się ponadto w solidny zapas wody i paliwa, gdyż dostępności ani jednego ani drugiego nie możemy być pewni w dalszej drodze.
Przed nami rozpościera się płaskowyż Laikipia. Krajobraz z delikatnie usianymi wioskami zagubionymi wśród pól. Horyzont zdaje się być coraz bardziej odległy. Kiedy stajemy na skraju Wielkiego Rowu Afrykańskiego, szkliste powietrze pozwala zobaczyć odległe o dziesiątki kilometrów równiny zamieszkałe przez plemiona Pokot toczące z Samburu odwieczne krwawe walki o bydło. Chwilę później spotykamy Morani – młodych wojowników Samburu uzbrojonych w ciężkie strzelby, strzegących swych stad. Mężczyźni o posągowych twarzach i smukłych sylwetkach ubrani w tradycyjne czerwone stroje, stoją majestatycznie przy swych trzodach nie zważając na lejący się z nieba żar.
Powoli zbliżamy się do Mararal. Zabieramy po drodze autostopowicza z ludu Samburu. Ubrany w czerwoną czapkę, udekorowany licznymi kolczykami, z włócznią u boku dumnie i z namaszczeniem zajmuje miejsce w naszym wozie. Przez całą podróż uśmiech nie znika mu z twarzy a ja próbuję odgadnąć tegoż powód. Nasz towarzysz uparcie milczy. Okazuje się , ze nie mówi ani w języku angielskim ani w suahili.
Ludy Samburu , bliskie plemionom Masajów i Turkana, różnią się od siebie pod wieloma względami, począwszy od stroju a na języku skończywszy. Każde z plemion Północy to odrębny mikrokosmos. Własny język jest tak samo ważny, jak walka, czasem krwawa, o terytoria wypasania bydła. Mimo, iż tę odmienność strojów, kultur i religii w prawie osiemdziesięciu procentach przykrył płaszcz chrześcijaństwa, każdy z ludów zachował właściwy sobie świat, na własnym obszarze i z ustanowionymi przez bogów i ludzi prawami, których Białemu nie wolno zmieniać.
Sifuel jest świetny w nawiązywaniu relacji. Czasem język suahili nie wystarczył, a i tak sobie radził.
W Suguta Marmar nasz towarzysz wysiada, aby ustąpić miejsca kolejnej osobie, kobiecie Samburu. Niewiasta odziana w kilogramy koralikowej biżuterii splecionej koliście wokół szyi, z bransoletkami na przedramionach zaciśniętych tak bardzo, że pewnie skutecznie blokują przepływ krwi w żyłach, nie jest już tak miła, jak jej poprzednik. Nie pozwoliła się sfotografować, aby po chwili zażądać 500 szylingów za fotografię. Zwróciłam jej uwagę, że właśnie otrzymuje od nas przysługę podwiezienia, proszę zatem o wzajemność. Odrzekła na to, że „podwózka” kosztuje 100 KSH a zdjęcie 500! Cóż, pozostało to zaakceptować, choć nie ukrywam , że gdybym to ja prowadziła w tej chwili samochód, moja towarzyszka pewnie odbyłaby dalszą drogę pieszo.
Wrota Północy
Wjeżdżamy do Mararal, stolicy Samburu. Senne miasteczko zwanego „Wrotami Północy”. Znajdziemy tu ostatnie w tym regionie sklepy i stację benzynową. Odbywają się tu corocznie Camel Derby. Po drodze nierzadko można spotkać swobodnie pasące się stada dromaderów. Mararal momentalnie wciąga w atmosferę barów, rzeźni, sklepików i ludzi szwędających się w te i we w te. Centralna ulica, szeroka i czerwono-piaszczysta, po której hula wiatr, przywołuje w pamięci miasteczka z westernów. Sklecone budki, domki i hoteliki zabudowane w pierzei , każde na inną modłę tworzą barwną mozaikę miejscowej architektury, mocno odcinającą się od pustynnego otoczenia miasta. Próbuję robić zdjęcia, niestety znów żądają ode mnie pieniędzy. Trudno mi zrozumieć ten nawyk. Później dowiaduję się, że nieliczni przybywający tu biali, zwłaszcza ci z dużymi aparatami, odbierani są przez miejscowych, jako dziennikarze i powstało przekonanie, że skoro zarabiają oni na sprzedaży zdjęć z podróży, to powinni za wizerunek autochtonom płacić. Układ biznesowy, nic innego …
Nie mogę doczekać się prysznica i kolacji, które wydają się być osiągalne, gdyż znaleźliśmy całkiem sensowny hotel. Afrykańskie „bazy noclegowe” bywają różne. Nie należy też sugerować się opisami w przewodniku, gdyż mam za sobą nocleg sprzed dwóch dni w nieźle opisanym w przewodniku hotelu ( przepraszam, że kradnę słowo „hotel” dla takiego miejsca, ale tak je nazwali!). Pamiętam, że poszłam wtedy głodna spać, gdyż było tylko UGALI- twarda kaszka z mąki kukurydzianej ( nie ma żadnego smaku) oraz NYAMA CHOMA – porcja nieprzyprawionego, pieczonego, a raczej suszonego przez pół dnia koźlego mięsa, podawana w poszarpanych kawałach z kością lub bez. Szczęśliwie było TUSKER- doskonale schłodzone genialne jasne piwo! Generalnie stołowanie się w kenijskich restauracjach może zmusić do przejścia na radykalną dietę nawet najbardziej zatwardziałego podróżnika. Po pierwsze, pod żadnym pozorem nie należy spoglądać na zaplecze ( stada much na mięsie, które nam za chwilę podadzą lepiej pozostawić tylko w wyobraźni), nie należy również spodziewać się sztućców ani talerza dla siebie. Jada się rękoma ze wspólnej miski.
Nie ma jednak dramatu z higieną. Przed każdym posiłkiem gość dostaje miskę z wodą do mycia rąk, jeśli zlew nie znajduje się na „Sali Konsumpcyjnej”. Poza Północą, gdzie nie ma uprawani nie docierają transporty z żywnością, kuchnia opiera się na wspomnianej kukurydzy oraz fasoli ,owocach a także orzechach nerkowca i kokosach. Południe Kenii słynie z plantacji kawy i herbaty, szczególnie w okolicach Ngong , które to Karen Blixen opisała w swojej powieści„Pożegnanie z Afryką”. Zamawiając CHAI – herbatę , zawsze dostaniemy bawarkę, należy zatem skrupulatnie wytłumaczyć, że potrzebujemy samą wodę, a torebkę herbaty najlepiej domówić po chwili, w przeciwnym razie wcześniej czy później doleją nam mleka. Wracając do naszego noclegu, wspomniany wcześniej „hotel” posiadał zaplecze sanitarne w postaci ciemnego konta z mikroskopijną umywalką i prysznicem w postaci wygiętej rurki, z której ściekała nędzna strużka lodowatej wody. Przy łóżku stały „gościnne” różowe klapeczki a na szafce leżał równie różowy grzebień z poważnymi ubytkami w „uzębieniu”. Kiedy ubiwszy po drodze karalucha wielkości pasikonika, zaległam na łóżku twardym jak katafalk , moim oczom ukazała się wielka brunatna mozaika sufitowa- ślad historii po niejednej porze deszczowej. Kiedy próbowałam usnąć, kartonowy sufit zdawał się zbliżać niebezpiecznie w moim kierunku. Oczywisty brak klimatyzacji i jeszcze bardziej oczywista obecność moskitów skutecznie pozbawiły mnie snu… Podczas dalszej podróży okaże się , że to nie było najgorsze miejsce, w jakim dane mi było nocować.
W Mararal rozwiązuje się zagadka „nieznikającego uśmiechu” mężczyzn Samburu. Mężczyźni ci (kobiety nie) nieustannie żują gałązki krzewu khaat, zwanego czasem miraa. Sprzedawane na targach w pęczkach zawiniętych w liście bananowca są najbardziej popularną w tym regionie używką. Soki tej rośliny uwalniane podczas żucia powodują efekty podobne do tych po amfetaminie!
Kraina z kamienia i malachitowej wody
O 6:00 ruszamy dalej na północ i ku mojemu zaskoczeniu krajobraz jest urozmaicony zarówno ukształtowaniem terenu jak i kolorem ziemi.Wczesnym rankiem afrykańskie kolory są jak impresjonistyczny obraz. Widok czerwonej ziemi , nasyconego błękitu nieba oraz soczysta zieleń punktowo wyrastających euforbii i akacji skutecznie budzą do życia.
Jedziemy dalej a krajobraz pustynnieje i staje się coraz bardziej surowy. Kolory szarzeją , pojawiają się powulkaniczne głazy a droga staje się z każdym kilometrem mniej komfortowa. W promieniu setek kilometrów nie ma wielkich cywilizacji. Dawno za nami zostały ostatnie osady. Mozaika brunatnych skał i ostrych kamieni potęguje wrażenie zmierzania na koniec świata. Powietrze zdaje się być gęste i ciężkie od palącego skwaru. Bezszelestnie, jak zjawy wypływają znad horyzontu smukłe, samotne sylwetki ludu Turkana. Skąpo odziani, niosący pojemniki na wodę przemierzają każdego dnia martwe obszary swojego Królestwa Kamieni. Przed naszymi oczami pojawia się mała wioska, złożona z paru kopulastych, utkanych z gałęzi chat. Wokół na całym widnokręgu jedynie kamienne góry, nie ma żadnej roślinności ani zwierząt. Mam w oczach łzy , czuję wyrzut sumienia, że pozwalamy , aby gdzieś na świecie inni ludzie żyli w takich warunkach. Zatrzymujemy się , biegną do nas mieszkańcy, krzyczą i zatrzymują nasz samochód. Okazuje się, że jedna z matek potrzebuje pilnie dotrzeć ze swoim maleństwem do odległego o ponad 50 km szpitala. Z ochotą pomagamy. Piękna i dumna mama zasiada z dwojgiem dzieci w naszym samochodzie. Jedno z nich może mieć niespełna miesiąc, drugie ok. dwóch lat. Uspokajam nieco swoje emocje, widząc wrączkach starszego kartonik z mlekiem UHT. Jednak pomoc humanitarna tu dociera.
Samochód powoli wspina się po skalistych zboczach a ja nie mogę doczekać się widoku jeziora Turkana. Jego odkrycie ma ciekawą historię. Był marzec 1888 roku. Dwaj podróżnicy Samuel Teleki i l.von Hohnel, po ponad rocznej wyprawie dotarli do wód malachitowego jeziora. Samuel Teleki nazwał je, na cześć swojego przyjaciela i sponsora wyprawy, Arcyksięcia Austrii, jeziorem Rudolfa. Tenże nigdy jednak nie dowiedział się o odkryciu, gdyż zanim podróżnicy wrócili, aby zdać mu relację z wyprawy, Rudolf popełnił samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości. Później zmieniono nazwę jeziora. Turkana to największe, bezodpływowe, słonowodne jezioro w Afryce. Ma długość 250 km i szerokość 60 km. Rozciąga się z północy na południe na pograniczu Kenii i Etopii. Kiedy w sierpniu 1984 zespół pod kierownictwem Richarda Leakeya odkrył szczątki przedstawiciela gatunku Homo erectus, miejsce to zostało okrzyknięte przez naukowców Kolebką Ludzkości. Znalezisko składa się z niemal kompletnego szkieletu człowieka i datowane jest na 1,6 mln lat. Odkrycie to uważane jest za jedno z najważniejszych w badaniach nad ewolucją ludzkości.
Samochód wpina się na wzgórze i wiem, że jesteśmy już bardzo blisko. Nagle moim oczom ukazuje się gigantyczne lustro turkusowej wody, oprawione w posępne kamienne ramy. Śmiem przypuszczać, że widzę, to samo co przyjaciele Rudolfa wieki temu. Niezmienność krajobrazu, bezmiar przestrzeni i czasu… Docieramy do Loyangalani, niewielkiej osady ludu Turkana położonej w maleńkiej oazie. Wybija tu gorące źródło, które jest jedynym ujęciem pitnej wody. Deszcz nie padał w tym miejscu od 6 lat. Znajdujemy camping MoSaReTu ,który prowadzą cztery kobiety z plemion El Molo, Samburu, Rendile i Turkana ( stąd nazwa). Za pokoje hotelowe służą chatki BANDA, przypominające odwrócone kosze wiklinowe, tyle że utkane z liści palmowych. Z tegoż samego budulca stworzono całe zaplecze obozowiska. Biegnę do plecionej łaźni, aby schłodzić się pod prysznicem, zapominając, że w osadzie jest tylko i wyłącznie gorąca woda źródlana! Do picia również. Zbliża się pora lunchu a mój poziom głodu sięga zenitu. Nasza gospodyni, okazała kobieta El Molo komunikuje,że mogę na lunch zjeść kurczaka. Moja radość nie zna granic, ale gaśnie po chwili, kiedy przynoszą mi gdaczącą kurę, słodko przewracającą oczkami i pytają, czy może być… „Może”- odpowiadam i czuję, że pierwotne instynkty wypełzają spod błogiej niewinności konsumowania kurczaków ze sklepowej półki. Kura okazuje się być żylasta, ale cudownie zaspokaja głód.
Tam, gdzie nie czeka się na wiosnę
Po obiedzie idę do wioski. Nie jest tak mała, jak wydawała się na początku. Ma swoje mini dzielnice , szkołę i parę sklepików. W jej centrum jest ujęcie wody i to przy nim koncentruje się życie mieszkańców. Idę dalej na obrzeża i widzę w oddali, na kompletnie pustym polu kamieniosadę zbudowaną z takich samych BANDA, w jakim będę spać. Biegną do mnie dzieci, oblegają mnie , głaszczą , wąchają i całują. Szczególnie podobają im się moje długie i proste włosy. Przykładają je sobie do twarzyczek. Chwytają mnie za ręce i ciągną za sobą. Wychodząc na wzgórze rozumiem, że prowadzą mnie nad brzeg jeziora. Droga nad wodę nie ma końca, żar leje się z nieba, czuję że opadam z sił. Dziewczynki śpiewają piosenki a ich bose stópki dzielnie przeskakują między ostrymi kamieniami. Mają pokaleczone stopy, ślady blizn i zdarte paznokcie. Łamanym angielskim, którego uczą się w szkole, opowiadają mi o swoim życiu, przekrzykując się wzajemnie i przepychając wokoło. Jedyne ubranka, jakie mają, to poszarpane i brudne mundurki szkolne. Docieramy nad wodę, po czym dzieci w biegu zrzucają ubranka i z pluskiem lądują w falach jeziora. Jestem przerażona.
W Turkana żyje największa populacja krokodyli nilowych na świecie, szacowana na 22 000 szt.! Do tego dochodzą okonie nilowe o wadze do 100 kg. Dzieci tłumaczą mi, że tu, w tym właśnie miejscu nigdy nie ma krokodyli. Dołączam do nich.
Orzeźwieni kąpielą wracamy do wioski, a moi mali towarzysze pokazują mi , że te pozornie zwykłe kamienie mogą okazać się „skarbami”. Okolica słynie z wielkich pokładów kamieni półszlachetnych, ametystów, malachitów itp. Zabieram dzieci do sklepu na SODĘ, tak nazywają każdy napój gazowany. Radość maluchów mi się udziela i czuję dziwną synergię z tym miejscem. Jedno o nim wiem na pewno, jest magiczne. Magiczne w nim jest też to, że nic się tu nie zmienia: nie ma pór roku, całe 365 dni jest taka sama, wysoka temperatura, nigdy nie pada, słońce każdego dnia wschodzi o 6:00 i zachodzi o 18:00. Tu się nie czeka na wiosnę, tu się nie czeka, aż się rozpogodzi, tu się na nic nie czeka, tu się po prostu życie przeżywa na bieżąco.
O poranku ruszamy dalej na północ wzdłuż wybrzeża jeziora. Po niespełna godzinie jazdy docieramy do wioski ludu El Molo. Według wielu antropologów jest to najmniejsze plemię na świecie. Ich liczebność szacuje się na poziomie 300 członów. Mimo, że żyją tak blisko ludu Turkana i są ich nielicznymi sąsiadami, różnice w wyglądzie i budowie ciała widać na pierwszy rzut oka. Mniejsze, charakterystycznie okrągłe głowy oraz niższy wzrost to podstawowe cechy wyróżniające tych ludzi. El Molo z braku dostępu do pitnej wody, przystosowali się do picia słonej. Legenda głosi, że to od nich lud Turkana nauczył się jedzenia ryb. Inna historia mówi, że El Molo to niestrudzeni łowcy krokodyli i że potrafią idąc po ich grzbietach, przejść na sąsiednią wyspę. Kiedy wjeżdżamy do wioski, wita nas widok kobiety patroszącej ryby. Chmary much unoszą się nad górą rybich jelit, wokoło biegają nagie dzieci a kliku mężczyzn idzie w naszą stronę z kamiennymi minami. Po chwili jednak, kiedy podajemy im torby ryżu, wyciągają dłonie na powitanie. W mgnieniu oka kobiety przynoszą biżuterię i plecione maty, aby za chwilę zaoferować nam je do sprzedaży.
Kiedy malachitowe wody Turkana znikają mi powoli we wstecznym lusterku, a przede mną czekają setki kilometrów Chalbi – najgorętszej kamiennej pustyni świata, zastanawiam się, jaki jest prawdziwy cel tych moich podróży, ale czasem tak jest, że gdzieś w środku siedzi głód podróżowania i bywa tak silny, że wygania mnie z domu.



